<- Aktualnie Logo Statystyki ->

poldek --update=site, life, universe, everything

Dodany: 2009-07-05

Updating set #1: life...
Dependencies: school, work, home.

Ahoj, dawnośmy się. Od ostatniej notki minęły dobre trzy miesiące (według terminologii Tytusowej dobra godzina=62 minuty, ale aż tyle nie minęło od 13 kwietnia), a od ostatniego ogólnorozwojowego znaku życia i opisu mojej sytuacji minęło ho-ho-ho.
Na uczelni większych niespodzianek nie ma. Minął semestr V, o którym zapowiadałem napisać więcej, ale w sumie już go nie pamiętam (poza tym, że projekt z IO2 faktycznie był tak byczy, na jaki się zanosił, a wielkie plany związane z projektem z BSO diabli wzięli). Minął także semetr VI, pierwszy semestr po podziale na specjalności, którym ze strony informatyczno-ambitnie-rozwojowej jestem szczerze zawiedziony. Od początku wiedziałem, że to nie będzie ciekawy semestr. I faktycznie, 4 przedmioty matematyczne, 1 przedmioty fizyczny i... jedynie 1+0.5+0.25 przedmiotu informatycznego (jeden pełny, jeden z samym wykładem, jeden z samym wykładem przez pół semestru). Do komputera siadałem wyłącznie po to, żeby dłubać przy projekcie z OpenGLa. Z drugiej jednak strony semestr upłynął bezboleśnie i z bardzo dobrymi wynikami (poza piekielnymi Fizycznymi Podstawami Informatyki). A o specjalności chwilowo się nie wypowiem, bo studiuję z ludźmi, którzy mają wystarczające umiejętności, żeby znaleźć, co tu napisałem. Ot, wystarczy, że powiem, że nie jestem niczym zaskoczony.
Ale za to mam pracę! I to w branży. I to pracę, której większość osób co najmniej mi zazdrości. A przynajmniej - ja sam bym jej sobie zazdrościł, gdybym jej nie miał. Zaczęło się od impulsu, pobudzonego na uczelni przez grupkę osób, którym "trafiło się". Jednopopołudniowy zryw chęci i aktywności sprawił, że wysłałem CV. Po miesiącu dostałem telefon, a po następnych 5 dniach byłem już zatrudniony. Firma GreenTech, stanowisko Młodszego Programisty PHP. Kilkoma rzeczami już się w ramach ponad miesiąca pracy zdążyłem zająć, ale pochwalę się może jakoś osobno. Pozostanę tu przy krótkiej informacji, że mi się podoba, że przez wakacje mam pełen etat i... tyle.
Wiążę się to z wybitnie rzadkim przebywaniem w domu, a już zupełnie rzadką chęcią do robienia czegokolwiek "w domu". Na liście rzeczy do zrobienia mam: "zrobić coś z kluczami do piwnicy, które wpadły do szybu windy", "posadzić sztuczną trawę na balkonie", "przemeblować duży pokój" oraz "zrobić porządek z cieknącymi rurami". O "naprawić wzmacniacz" i "kupić płytę do serwera" już nie wspominam. A że oprócz takich przyziemnych spraw w kwestiach domowych zmieniło się jeszcze trochę, to już kompletnie inna sprawa.

Updating set #2: site...
Dependencies: server, projects, plans.

Serwer (logiczny) nadal stoi na wirtualce, na laptopie. Serwer (fizyczny) nadal stoi na szafie, w oczekiwaniu na płytę główną. Ale to nie znaczy, że nie ruszyło się w kwestii serwera. Nikt niestety nie zauważył (albo "na szczęście nie zdążył zauważyć"), że strony przez 24h nie było. A nie było jej z mojej własnej głupoty (jak zwykle), wspomaganej przez niefortunną konfigurację systemu. Zaczęło się to wszystko jakiś miesiąc temu, kiedy - zirytowany rzadkimi update'ami pakietów PLD 2.0 - dodałem do Poldka repozytorium ac-test (pakietów w wersji testowej). Owszem, update'y zaczęły się pojawiać. Zaczęły się jednak również pojawiać absurdalne błędy nierozwiązanych zależności. Dla przykładu nowy man nie chciał się zainstalować bez groffa >= 1.71, mimo że zainstalowaną wersją jest 1.18.1.4. Albo sam Poldek nie chciał się zupgrade'ować bez librpm w wersji o numerek niższej niż miałem w systemie. Popełniłem więc grzech, opdalając upgrade w trybie --no-deps (ignorowania nierozwiązanych zależności). I po upgradzie zarówno man, jak i Poldek przestały się uruchamiać z braku odpowiednich bibliotek w odpowiednich miejscach. W przypadku Poldka "wystarczyło" dowiązać stare biblioteki pod nowe nazwy i ruszył. Z mnóstwem błędów, ale ruszył i był jako tako funkcjonalny. Odpiąłem więc repozytorium testowe z bazy pakietów i przystąpiłem do downgrade'ów. Najpierw man - Poldek odinstalował man, Poldek odinstalował niepotrzebny już groff, Poldek zainstalował nowy groff, Poldek zainstalował man. Następnie - Poldek odinstalował Poldka (jeszcze będąc uruchomionym!), Poldek ODINSTALOWAŁ NIEPOTRZEBNE JUŻ NIGDZIE RPM... W tym momencie miałem co prawda Poldka (do najbliższego jego zamknięcia), ale stał się on nakładką na nieistniejący w systemie program.
Poldka, owszem, mogłem ponownie zainstalować, ale jedynym sensownym rozwiązaniem była instalacja z RPMów. Których nie miałem jak zainstalować. Jako, że niezbyt widziało mi się backupowanie danych i stawianie systemu od nowa, udałem się do Sieci po RescueCD PLD. Wyżej wymienione zgłosiło Kernel panic (dla windowsowców spieszę z wyjaśnieniem, że to prawie jak blue screen - tylko gorzej - albo lepiej, zależy z której strony spojrzeć), twierdząc, że nie może znaleźć dysku twardego, zanim w ogóle pozwoliło wybrać dysk twardy, na którym ma próbować montować. Albo było już za późno, żebym był w stanie znaleźć właściwą z opcji bootowania RescueCD.
Tak czy inaczej, przystąpiłem do - ta-dam, ta-dam! - ręcznej kompilacji RPMa, którym będę w stanie zainstalować Poldka, którym będę w stanie zrobić porządek w systemie. Nie ma tak łatwo. Drzewo zależności sięgało dwóch stron Notatnika, niektóre z bibliotek łatałem chałupicznym przelinkowywaniem "brakujących" bibliotek, inne z kolei kompilowałem mimo prawie-pewności, że w systemie były (no żeby nie było GCC-C++?!). Po tygodniu sporadycznej, okazjonalnej walki i patrzenia na migające przed oczami ekrany ./configure, make i make install, skapitulowałem. Już nawet nie wiem, dlaczego. Może dlatego, że któraś kolejna biblioteka nie znalazła pliku nagłówkowego, który TAM BYŁ, a może dlatego, że jak już go znalazła, to wyrzuciła w nim setką błędów składni. O zmęczeniu szukaniem rozwiązań problemów w Sieci i odpowiedziach "hej, czemu nie skorzystasz z RPM?" nie mówiąc. 24h temu podjąłem ostateczną decyzję - instaluję świeży system. A jak świeży, to niech będzie i nowy. PLD 3.0 - Th lub Titanium. Stanęło na Titanium, ale bardziej z przypadku niż jakiejś uargumentowanej przyczyny. PLD 3.0, jak wiadomo, nie ma wydania z obrazem instalacyjnym. Instalacji można dokonać przez chroota z poziomu RescueCD (które przecież mi nie działało) albo CRI - ChRoot Installera. Wybór padł na to drugie rozwiązanie. Próba pierwsza - PLD Th. Zainstalowane, pierwsze uruchomienie, trochę konfiguracji, trochę doinstalowania pakietów, sakramentalne poldek --upgrade-dist, restart i... sieć nie wstała. Ba, nie wstał nawet modprobe (o czym dowiedziałem się kawałek czasu później). Dla nielinuksowych, ponownie (tak, obawiam się, że stałem się linuksowcem, Windows nie stanowi dla mnie wyzwania od jakiegoś czasu, a i w pracy siedzę na Debianie): modprobe to narzędzie ładowania do jądra systemu modułów odpowiedzialnych np. za nowe urządzenia. A bez sieci nawet nie mogłem pobawić się wygodnie w downgrade pakietów, bo Poldek musi na starcie choćby sprawdzić, czy repozytoria się nie zmieniły, nie mówiąc o tym, że mógłby chcieć dociągać jakieś pakiety do downgrade'u (mimo że teoretycznie nie powinien ani jednego ani drugiego).
Próba druga - CRI z PLD Titanium. Instalacja, uruchomienie, konfiguracja, upgrade pakietów, restart i... to samo. W tym momencie byłem skłonny powrócić do instalacji z RescueCD, ale ponownie dało o sobie znać stare przekadło, że wystarczy człowiekowi coś wystarczająco dużo razy pokazać przed oczami, żeby w końcu kiedyś zrozumiał. Otóż, przy starcie modprobe szukał plików starej wersji kernela (2.6.22), podczas gdy jednym z upgrade'ów była aktualizacja kernela do 2.6.27. Bingo! Reinstalka Titanium, dodanie kernela do listy pakietów wstrzymywanych i wszystko chodzi jak po maśle. No, prawie wszystko, bo znów niektóre z pakietów irytowały nierozwiązanymi zależnościami, ale tym razem podszedłem do sprawy ostrzożniej. Owszem, zainstalowałem w końcu pakiet z --no-deps, ale najpierw sprawiłem, że mogłem zainstalować ich w ten sposób możliwie najmniej. Najbardziej irytujący był udev (program do dynamicznego ładowania urządzeń), który nie mógł znaleźć aktualnej wersji polecenia... uname. I znów wytłumaczenie - uname odpowiada za... wyświetlanie informacji o systemie. Na miłość boską! Bo co, nagle mu się zmieni format, w jakim dostanie łańcuch identyfikujący jądro?! A od udev z kolei zależało całe mnóstwo innych pakietów, więc po przeskoczeniu tej przeszkody poszło gładko aż do samego końca.
Przy okazji, z innej beczki: Przez 24h screen tytułowy emkael.info stał z powrotem na komputerze-hoście, na Windowsie. Ale nie chciałem stawiać całęgo Apache'a, tylko po to, żeby przez jeden dzień udostępniać jedną statyczną stronę z jednym obrazkiem. Z pomocą przyszedł Abyss Web Server, którym jestem szczerze zachwycony. Malutki (mieści się w megabajcie po instalacji!), leciutki (mieście się w megabajcie zużywanej pamięci!), szybki w instalacji (2 minuty, z zegarkiem w ręku), konfiguracji (przejrzysta webowa konsola) - marzenie! I ponoć nawet jest pod niego dedykowany PHP (moduł do ASP.NET jest w standardzie do wyboru przy instalacji serwera). Może kiedyś.
Cała ta sytuacja (przejścia z serwerem i nowa praca), jakkolwiek by nie była denerwująca (serwer) i męcząca (praca), dodała mi skrzydeł. Mam w głowie co najmniej dwa projekty, które prześciagają się w moich planach priorytetami. Muszę je jak najszybciej choćby formalnie spisać, żeby nie skończyło się jak zwykle. Żeby nie zapeszać, jeden z nich związany jest z dalszą częścią tego artykułu, drugi - pośrednio również, ale bardziej z wykorzystaniem API Allegro. I oba z nich nie mają chwilowo nic wspólnego z pracą, więc z jednej strony motywują do zrobienia czegoś tylko i wyłącznie dla siebie, bez przymusu - z drugiej jednak odchodzą na drugi plan w kwestii gospodarki czasem. A i przydałoby się przepisać stronę domową na jakieś sensowne rozwiązanie od strony bebechów, a przynajmniej dopisać admin-panel.
Mam również plany na dalszą przyszłość - wpadły mi do głowy ot tak, spontanicznie. Ale po raz pierwszy czułem (i nadal czuję, to nie mija!), że wiem, co konkretnie chcę robić w życiu (po studiach czy kiedykolwiek). Pierwszą połową Wielkiego Planu, tą mniej romantyczną, jest własna firma informatyczna (internetowa pewnie) - do zarabiania pieniędzy. Druga część jest z kolei odpowiedzialna za skutecznie pochłanianie zarobionyc przez pierwszą pieniędzy. Że niby jaki to ma sens? Ano taki, że obie te części razem wzięte mogłyby spokojnie wypełnić życie 2.5 człowieka u progu kariery zawodowej, a poza tym - przecież życie nie jest po to, żeby aż do śmierci oszczędzać na później. Ale na razie sza, nie zapeszać.

Updating set #3: universe
Dependencies: hobby, movies, music, travel.

Zaczynam również odnajdywać siebie w niezawodowy i nietechnicznym sposób. Połykam książkę za książką (wydając sporo kasy na Allegro) - przez ostatnie dwa miesiące przeczytałem pięć części "Autostopem przez Galaktykę" i trzy pierwsze powieści Neala Stephensona (mistrzostwo świata, a to tylko przygotowanie do opus magnum, Cryptonomiconu!), a jeszcze wcześniej był Disch, Anderson, trochę Lema - i ogólnie, ludzie mi na uczelni mówią co rusz, że za każdym razem z inną książką mnie widzą. I dobrze, bo wolę posiedzieć i poczytać niż integrować się z kimś, z kim nie mam zbytnio ochoty. I tęsknię za Rycerzami Hardkoru! Bo tak, na specjalności jestem jedynakiem reprezentującym RHC, które swoją drogą powoli staje się elitą ICSu - wszyscy mają jakie problemy, a Rycerze idą jak burza! Tak czy inaczej, również wakacyjna praca sprzyja czytaniu - bo dojazd na Teofilów trwa ponad godzinę w jedną stronę, a to wystarcza na wciągnięcie się w książkę, jakakolwiek by one nie była. Zwłaszcza, że dbam o to, żeby nie zaczynać kilku książek na raz i zawsze mieć ze sobą te jedną, aktualnie czytaną. A i wśród nowych nabytków jest wiele książek, na które długo czekałem, a teraz cierpliwie stoją na półce w kolejce - choćby wspomniany Cryptonomicon, choćby Vonneguty, Kwiaty dla Algernona czy Kroki w nieznane (stare i nowe). O Gibsonach czy Cardach nie wspominając.
W kwestii muzycznej od zeszłego lata przestój. Jest kilka rzeczy, które przykuły mnie na trochę, ale nie na długo. Jest parę innych, które mi się spodobały, ale nie mam na nie czasu. Jest w końcu odwieczne pragnienie zostania hipisem, ostatnio pobudzone ponownie przez dwa filmy: "Las Vegas Parano", klasycznie oraz "Almost Famous" (na który wpadłem z kompletnie innych powodów, dla których teraz go polecam). Toteż mimo, że takie np. nowe Placebo wymiata czy mimo, że codziennie w pracy jestem skazany na Eskę Rock jako najmniejsze zło, na playliście nadal króluje Jefferson Airplane i Lynyrd Skynyrd. A z kompletnie innych klimatów: moje ostatnie uzależnienie. Kolejne hipisowskie lato przede mną. I miałem rację rok temu, że to było ostatnie TAKIE lato. Bo teraz jedyne wyjazdy, na jakie mnie czasowo stać, to te, które są lekko ukradzione z czasu, w którym powinienem być w pracy. Bo i w przyszłym tygodniu Węgorzewo i na przełomie lipca i sierpnia Woodstock są robione tak, by dojechać, odhaczyć i wrócić, tracąc jak najmniej dni. A szkoda, bo obiecywałem sobie, że pobiwakuje na woodstockowym polu tydzień przed festiwalem...
Powinienem jeszcze napisać coś o brydżu, ale to jest dłuższa i bardziej złożona historia, więc też zasługuje na osobny artykuł, pewnie wtedy, jak wyjaśni się w tej kwestii więcej spraw. To by było na tyle, nigdy nie byłem dobry w sztuce pisania zakończeń.