Eko Union of Rock, Węgorzewo 2009
Dodany: 2009-07-19
Świeżuteńka relacja z pierwszej ręki z ledwo zakończonego festiwalu w Węgorzewie!
Polecam również zdjęcia z weekendu
Kto zawiódł?
- Myslovitz
Wychodząc z koncertu, który zresztą był koncertem kończącym dla nas festiwal (nie zostawaliśmy na Oddziale Zamkniętym, a chyba szkoda), byliśmy z Czarnym w stanie wymienić między sobą jedynie niewyraźne spojrzenia, oznaczające "co tu się właściwie, kurwa, właśnie stało?". O tym występie można powiedzieć wiele, ale niestety niewiele dobrego. Może tylko tyle, że Rojek zawsze wyglądał zajebiście z gitarą. Po pierwsze, zagrali króciuteńko (nie wiem, co mi z tymi zdrobnieniami). Wyszli na scenę z obsuwą ok. 15-20 minut, a jako że "skoro zaczęliśmy później, to możemy skończyć wcześniej", grali łącznie ok. 35 minut mniej niż czas, jaki był dla nich wygospodarowany. Szczytem żenady i gwiazdorstwa było również niezabisowanie, a nawet niewyjście do publiczności po ostatniej piosence mimo wywoływania. Jedyne, na co się zdobyli, to wysłanie konferansjera z wiadomością, że "bardzo im się podobało i dziękują za występ". Dalej. Kapela brzmiała, jakby grały w niej ze dwie, góra trzy osoby, a nie pięć. To, że Myslovitz nie daje z reguły porywających koncertów, wiedziałem, ale żeby aż tak? I to w takim miejscu? Od połowy koncertu widać było, jak Rojek jest coraz bardziej wkurwiony na sprzęt, nagłośnienie, techników i w ogóle, wszystko dookoła. Ale to nie mogło być przyczyną takiego lekceważącego nastawienia do publiczności. A dlaczego nie mogło? Bo przecież setlisty chłopaki nie układali w połowie koncertu, a przed. A zabrakło w niej praktycznie... wszystkiego, co ludzie by chcieli usłyszeć. Byli tylko "Chłopcy" i "Kraków". Nie było "Scenariusza...", wywoływanej cały koncert "Peggy Brown", nie było nawet "Acidlandu" czy "Sprzedawców marzeń", o "Blue Velvet" czy "Z twarzą Marylin Monroe" nie wspominając. Hej, nawet pieprzonej "Długości dźwięku samotności" nie było. Muszę zwrócić honor koncertowi na rynku Manufaktury, który też najlepszej setlisty nie miał, ale przynajmniej ludzie usłyszeli, co chcieli. A tu - zabrakło im 6-7 "pewniaków", a przecież wszystkich nie da się zagrać na bis. Jednym słowem, DNO.
- goście Renaty Przemyk
Jak lubię Anję Orthodox, tak nie pasowała do koncertu. A jako, że Peszkowej nie trawię, to nawet i dobrze, że w ogóle nie przyjechała. I więcej pisać nie będę, bo sam koncert pani Renaty był przezajebisty.
- konkursowicze: polscy ogólnie, zagraniczni szczególnie
Zarówno w konkursie głównym, międzynarodowym, jak i bocznym, polskim, panowała miernota (z wyjątkami, ale o tym gdzie indziej). Konkurs polski pokazał, że wszystkie zespoły, jak jeden mąż, cierpią na syndrom Myslovitz/MTV2. Panował cienki brit-pop, niestety. Z usłyszanych przez pole namiotowe kątem ucha wyczynów na małej scenie, w uszy rzuciły mi się dwie rzeczy: całkiem nieźle grający zespół Zgiełk z Pabianic oraz brutalne i perfidne katowanie klasykóé polskiego rocka, Republiki w szczególności. Co najmniej ze dwa zespoły próbowały zagrać "Białą flagę", jeden - "Sexy doll", a jeszcze się dołożył kolejny z przeróbką-niedoróbką "Metamorfoz" Maanamu. Serio, grunt pod grobem Ciechowskiego musi być najżyźniejszą glebą w Polsce.
A i na dużej scenie honor polski ratowały zespoły, które wypadły mizerniutko. Saluminesia, która wygrała zeszły rok (chyba przypadkiem?) oraz Kombajn do Zbierania Kur po Wioskach, który zagrał najzwyczajniej w świecie słabo. Zwycięzcami konkursu głównego został brytyjski Blackfish, którego koncert można określić jako: intro-pogadanka z publiką-outro. Przy czym intro i outro są identycznym, bezskładnym łojeniem. A fe! I jeszcze do tego, występując bezpośrednio przed największymi punktami programu niedzielnego, sprawili że technik Paradise Lost musiał 45 minut stroić instrumenty i ustawiać głośniki, bo chyba Blackfish wyznawał realizację w stylu "heble w górę". A łażenie przez 3 kwadranse po scenie i kuszenie podchmielonej publiczności, czekającej na Paradise Lost to kiepska strategia. Blackfish ponoć dostał ostatnio jakiś lukratywny kontrakt na płytę i mają wystąpić w Anglii na festiwalu z Metalliką i Machine Head. Wszystko fajnie, tylko czy to jest od razu powodem, żeby i tu ich nagradzać? Nagroda publiczności dla Kombajnu - w takim samym stopniu za całokształt, a nie za występ, jak u Blackfish. Jedynie Dziennikarze dali radę w wyborze ;)
- konferansjerka
Zapewne narażę się większości Yapowców, ale Kuśka Brothers to się nawet do zapowiadania disco polo nie nadają. A realizatora, który w każde 5 sekund ciszy na scenie ładował z głośników riffowy dżingiel tylko po to, żeby taśma z prezentacją sponsorów i patronów miała podkład muzyczny, powiesiłbym za jaja. Ledwo zespół zszedł ze sceny, ludzie krzyczą wywołują, a oni zagłuszają.
- pewne elementy pola namiotowego
Podeszliśmy pierwszego dnia z Wojtkiem na pole, rozejrzeliśmy się, wybraliśmy miejsce. Dostrzegliśmy, że koło nas jest namiot pomalowany z barwy Węgorzewa i Ministerstwa Obrony Narodowej. Myślimy sobie "o, fajnie, przynajmniej będziemy mieć spokój". Ale nie, dresowata "obsługa" namiotu, która w jakiś sposób była związana z obsługą całego pola, sprosiła jeszcze bardziej dresowatych znajomych i grillowali sobie całymi dniami, serwując z głośników namiotu umc-umc, techniawę, MTV, hip-hop i ogólnie dokładne przeciwieństwo tego, w czym chce się siedzieć przy namiocie na festiwalu rockowym. Od 6 rano aż do rozpoczęcia koncertów małej sceny, a czasem nawet i to ich nie uciszyło. Tak. Od SZÓSTEJ rano.
No i druga kwestia - kretyni polowi. Owszem, na Woodstocku jest ich 5 razy więcej. Ale i pole jest kilkanaście(dziesiąt?) razy większe, a wrzawa i ilość osób, która faktycznie słyszy kretynów polowych w ich środowisku naturalnym odpowednio bardzo większe i bardzo mniejsza. A tu - jedna grupka strategicznie usytuowana na pagórku i przez trzy dni całe pole słucha dwóch dowcipów krzyczanych z częstotliwością 5 razy na minutę. Mam uraz do zwrotu "to dobrze".
- WWF/TVP
Postawili namioty dokładnie, centralnie pomiędzy częśćcią gastronomiczno-piwno-siedzącą a sceną. I nadawali równie głośno. W związku z czym, żeby słuchać koncertu, a nie zielonej indoktrynacji, tudzież filmów dokumentalnych z pilnie strzeżonych archiwów TVP Kultura, trzeba było stać pod sceną, gdzie z kolei bardzo blisko zaczynała się strefa, z której panowie mundurowi wyganiali ludzi z trunkami.
Kto sprawił miłą niespodziankę?
- Voo Voo i Haydamaky
Wyobraźcie sobie Kozaka. Takiego prawdziwego. Z gołym torsem, w kozackich portkach, w kozackiej czapie. Teraz pomnóżcie to razy pięc i dodajcie instrumenty (w tym ogromny bęben oraz ciupago-szabelkę). Czy mogłoby być zajebiściej? Jeden z najbardziej energetycznych koncertów całego weekendu, ale może głównie dlatego, że nie spodziewaliśmy się po nim takiej rewelacji. Bo widząć "Voo Voo i Haydamaky", myśli się "Voo Voo". Nic bardziej błędnego! Pospieszalski sobie pykał na saksofonie, jak gdyby nigdy nic, a Waglewskiego, gdyby nie był "wywoływany do tablicy" przez pozostałych ludzi na scenie do zagrania kilku solówek, mogłoby w ogóle na scenie nie być. Od wybijania rytmu na szabelce na całym festiwalu lepszym motywem był chyba tylko De Press i granie szlifierką kątową na beczce. Inna sprawa, że pewnie gdyby Voo Voo wzięło do współpracy dowolny inny ukraiński folkowy zespół, mogłoby wyjść to samo.
- goście Acid Drinkers
Młody Cugowski odśpiewał swoje, ani nie zachwycił, ani nie rozczarował. Ale za to Ewelina Flinta stanęła w pełni na wysokości zadania. Kiedy słyszało się jej nazwisko wśród listy zaproszonych przez Acidów do zaśpiewania piosenek Zeppelinów, nie można było ukryć śmiechu. Ale dziewczyna pokazała, że wie, jak się śpiewa i jak się występuje. Wykonała dwa bardzo dobre kawałki ("Whole Lotta Love", którego co prawda spieprzyć sie raczej nie da oraz "Good Times, Bad Times", które z kolei spieprzyć można bardzo łatwo, co niedawno pokazał Godsmack) - fakt, że nieco bardziej znane i popularne niż Cugowski, ale nadal - zaliczam jej występ na duży plus.
Kto miał dać radę i nie zawiódł?
- Renata Przemyk
Czapki z głów przed Panią Renią! Artystka totalna. Fenomenalny kontakt i "czucie" publiczności. Niesamowity głos i fantastycznie dobrany repertuar. Spodziewwałem się, że to będzie dobry koncert, ale nie myślałem, że aż tak powali na kolana i ustawi wszystkich pozytywnie na cały weekend. Jeszcze w niedzielę słychać było po polu namiotowym grupki siedzące w kółku i śpiewające przy akompaniamencie gitar "Kochaną", "Bo jeśli tak ma być" czy "Babę zesłał Bóg". Tę babę z całą pewnością Bóg zesłał, tamtego weekendu akurat do wielce fartownej publiczności Węgorzewa.
- Acid Drinkers
Doskonały pomysł na koncert potwierdziło jego perfekcyjne wykonanie. Moim zdaniem Acidzi zagrali pokerowo wręcz, łącząc swój jubileusz z 40-leciem wydania "I" i "II" Led Zeppelinów. Dogodzili w ten sposób zarówno swoim zatwardziałym (lub mniej) fanom, jak i bardziej ogólnie nastawionej do festiwalu części słuchaczy. Pojawiały się głosy, że to profanacja i w ogóle. A ja tam uważam, że dali ludziom kawał dobrej muzyki w bardzo dobrej oprawie. Bo kto inny w dzisiejszych czasach ma promować wśród młodzieży klasyków, jak nie zespoły pokroju Acid Drinkers? Jakoś się ludzie nigdy nie krzywili, kiedy na każdym jednym koncercie Acidzi serwowali kilka udanych coverów (od Rolling Stonesów, przez Motoread, po Johnnego Casha).
- Biohazard
Podobno. Nie byłem, pytajcie Czarnego.
Kto miał dać radę, zagrał nieźle, ale nie zachwycił
- Paradise Lost
Skłamałbym, mówiąc, że się źle bawiłem. Skłamałbym, mówiąc, że nie był to jeden z lepszych koncertów w całym moim życiu. Skłamałbym w końcu, mówiąc, że kiedykolwiek byłem po koncercie tak zgnieciony i poobijany. A już na pewno skłamałbym, gdybym powiedział, że oglądanie takiego zespołu jak Paradise Lost z odległości kilku dosłownie metrów nie było czymś wielkim. Więc dlaczego narzekam? Ano, bo Paradise Lost to nie tylko "Enemy", "Never for the Damned", "Deadly Inner Sense", "Falling Forever", czy nawet "Forever After". Zespół, który nagrywał na przestrzeni swojej świetnej kariery tak różnorodne i różne od pozostałych płyty, jak "Believe in Nothing" i "One Second", mógłby wysilić się na zagranie kilku utworów ze swojej elektroniczno-industrialowej fazy. Nie twierdzę, że ogółowi publiki repertuar, jaki zaprezentowali, się nie podobał. Twierdzę jedynie, że piosenki, które zagrali to nie są szczególnie te utwory, które sprawiają, że na dźwięk słów "Paradise Lost" dreszczyk przechodzi akurat mnie. A sam koncert świetny, profesjonalny (tyle się stroili, to czego się spodziewać? chociaż i tak po 1/3 występu pół perkusji się rozwaliło), z efektami pirotechnicznymi nawet ;p
- Lao Che
I znowu mógłbym wyliczać. I znowu mógłbym zaznaczyć, że to był koncert, który sprawił, że pierwszy dzień nie był stracony (poza Renatą Przemyk, oczywiście). A także, że i tu się wyszalałem, poobijałem i wyczerpałem nogi do granic możliwości. Ale co z tego, skoro idąc na Lao Che, wcale nie miałem w zamyśle iść na zespół, który zagra praktycznie całą najnowszą płytę i praktycznie nic poza tym. Nie mam nic do "Gospel", żebyśmy się dobrze zrozumieli. Przekonuję się do tego albumu coraz mocniej, zwłaszcza w ostatnim czasie. Ale zagranie tylko jednego, jedynego "Czerniakowa" z "Powstania Warszawskiego" uważam za grube przegięcie. Owszem, ta piosenka na płycie a ta piosenka na koncertach to dwa różne światy. Owszem, zagrali do tego około-powstaniową "Groźbę", ale nadal - ludzie domagali się "Zrzutów". Ludzie domagali się "Starego miasta". W porównaniu z zeszłorocznym koncertem na Tymienieckiego, gdzie zagrali praktycznie wszystko, co stworzyli, naprawdę bladziutko. Rozumiem, festiwalowe, krótki koncerty rządzą się własnymi prawami i nie powinienem ich porównywać do "samodzielnych" koncertów. Tak czy inaczej - niedosyt pozostał.
Kto sprawił, że weekend był warty weekendu?
- Metropolis
"Metropolis v Poľsku!!!(...)"
"Okrem skvelého pocitu z nášho pobytu v Poľsku a dojmov z dvoch skvelých koncertov si prinášame aj cenu novinárov, ktorá nám bola vo Wegorzeve udelená.
Taktiež sa veľmi tešíme z nášho celkového umiestnenia na festivale, kde nám druhe miesto v konkurencii skupín z celého sveta ušlo iba o vlások"
Na pierwszy rzut oka nie wyglądali na zespół, z którym do końca życia będzie kojarzyć mi się ten festiwal. Na pierwszy rzut oka nie wyglądali nawet jak ktoś, kto mógłby grać aż tak dobrze. Nawet, gdybym pokazał Wam teraz ich stronę internetową, na której deklarują inspirację zespołami w stylu Limp Bizkit i Linkin Park. Nawet, gdyby puścił Wam ich płyty. Ba, nawet, gdybym pokazał Wam ich koncertowe występy na youtube'ie, nie uwierzylibyście, że to jest zespół, którym mógłbym być aż tak zachwycony. Popukalibyście się w głowę. Hell, sam bym tak zrobił na Waszym miejscu. Ale wystarczyło tam BYĆ. Drugiego dnia konkursu głównego (i festiwalu zarazem), Czarny nieśmiało zaproponował, że możnaby się było wybrać na nich, bo słyszał ich jeden utwór, udostępniony na stronie festiwalu i brzmieli oryginalnie. Niby trochę orientalnie, ale ciężkawo i w ogóle - schizowo. No to poszliśmy. I opadły nam kopary, aż do samej ziemi. Chłopaki dali tak energetyzujący show, że jeszcze kilka minut, a posikalibyśmy się w gacie. Grali z jajem, grali potężnie, grali chwytliwie, grali porywająco! Fenomenalny kontakt z publiką, nawet mimo (delikatnej, ale zawsze) bariery językowej - w końcu nie na co dzień ogląda się na żywo zespoły ze Słowacji. A same utwory, jakie zaprezentowali - wybuchowa mieszanka zajebistości, większej zajebistości i hiper-zajebistości. Zarówno podrywające do skakania kawałki ("Fly", "Mojamamasamafasa"m "No more, no fear"), jak i potężnie brzmiące pół-ballady ("Ruka do ohňa"). O taki rarytasach, jak cover Kornowego coveru Cameo - "Word Up", czy "rap-parodia" już nie wspomnę ;D
Zdobyli nasze serca, zdobyli nasze festiwalowe głosy (gardłowe głosy też u nich zostawiliśmy, swoją drogą ;P), w końcu - zdobyli jak najbardziej zasłużoną Nagrodę Dziennikarzy. A tu nagle jeszcze dowiedzieliśmy się, że zagrają raz jeszcze - następnego dnia, na Małej Scenie, na polu namiotowym, w ramach Dnia Wyszehradzkiego. Cool! Przyszliśmy (nie tam, żebyśmy mieli daleko), zobaczyliśmy i oszaleliśmy (a może powinienem mówić tylko za siebie?). Jako, że ani Mała Scena nie cieszyła się jakąś dużą popularnościa, ani pogoda nie była idealna na koncert (zaczęło lekko popadywać), na koncercie byłą raptem garstka osób. Ale takiego zapału i takiej zabawy próżno poźniej szukałem, nawet pod Dużą Sceną. Istne szaleństwo, szkoda tylko, że musieli zmyć się tak od razu po występie i wracać do siebie (nasza teoria spiskowa głosi, że Blackfish wygrał konkurs główny tylko dlatego, że grał trzeciego dnia jako jedyni byli jeszcze obecni w Węgorzewie przy ogłaszaniu wyników ;p). Ale miało to i swoje zalety - nie ma to jak podejść do kapeli, która przed chwilą dała tyle pozytywnych wrażeń i móc ich poklepać po ramieniu i zamienić parę słów podczas ich pakowania do samochodu. O typowo rockowej zdobyczy pokoncertowej nie wspominając ;p
Sobie, Wam i im życzę, żebyśmy jeszcze o nich usłyszeli w Polsce, nie tylko w perspektywie takich festiwali. Aż dziwie się, że nie ma ich w programie głośnego aktualnie festiwalu w Trenczynie (głośnego, niestety, z powodu tragedii, jaka się tam wydarzyła).
- ekipa
Byłbym ostatnim skurwysynem, gdybym nie wspomniał i nie podziękował osobom, z którymi dzieliłem czas podczas tego weekendu. Od Wojtka - sternika wyprawy i istnego mazurskiego górala, przez Czarnego - konsultanta do spraw imprezowo-muzycznych, po Stefana, który siedmioma rozdaniami potrafił zniweczyć cały piątek grania w pokera z Czarnym. No i oczywiście dziewczyny, dzięki którym impreza nie była tylko smutnym, trochę gejowskim spędem informatyków. Festiwalowanie z Wami było dla mnie prawdziwym zaszczytem, miejmy nadzieję, że nie po raz ostatni doświadczonym.
|