|
|||||||||||||||||
|
Antymelomańskie latoDodany: 2008-09-19
Los, jak to ma w zwyczaju, okrutnie zadrwił z części wakacyjnych planów. A konkretnie tej części, która obejmowała podkład muzyczny do letnich wojaży. Woodstock '69, hipisowskie klimaty, Hendrix, "Sweet Home Alabama", dzieci-kwiaty i Janis Joplin. A tu dupa, problemy techniczne. Nie spodziewaliśmy się z Henrykiem, jak brzemienne w skutkach będą nasze słowa: "to kupmy tani odtwarzacz w promocji, nawet niech będzie jednorazowy". Owszem, "jednorazowy", ale mieliśmy na myśli jedne wakacje, a nie jedne baterie. Fatum jednak mściwe bywa i nie dość, że jedyne, co zdążyłem odsłuchać przez całe wakacje, to wątpliwej jakości sesja w pociągu na Przystanek Woodstock (i tak głośniej było słychać kolesia krzyczącego na cały pociąg i okolice "Kreator! Kreator!") - przy okazji dowiadując się, że powyżej setnego utworu shuffle przestaje działać. Później, z każdym włączeniem, baterii było znacząco mniej, aż w końcu odtwarzacz odmówił posłuszeństwa. Na akumulatorkach, bateriach markowych, bateriach krzakowych, bateriach Tesco, wszystkim. Skończył w punkcie reklamacji (bo ponoć serwisowalny).
Co wcale nie oznacza, że przez półtora miesiąca trwałem głuchy jak pień. Wręcz przeciwnie - miałem rzadką okazję podążać za nowościami, nie pozwalając im kumulować się w czeluściach kolejki "do odsłuchania". Na pierwszy ogień poszła płyta, którą usłyszeliśmy w radio wielokrotnie, aż zbyt często, podczas podróży - "Viva La Vida Or Death And All His Friends" Coldplaya. Jednego nie da się tej płycie odmówić - nie da się koło niej przejść obojętnie, gdyż jest sporym wydarzeniem, choćby popkulturowym. A kiedy już się w nią wsłucha, można jej słuchać i słuchać w kółko. I nawet mimo pewnych mankamentów, nadal chce się jej słuchać coraz częściej i częściej. Taki już los produkcji, które są promowane na każdym kroku i mimo wszystko pisane w sposób, który czyni płytę trudną do odepchnięcia. Zawsze byłem zdania, że we współczesnej muzyce napisano już dosłownie wszystko. Jakiejkolwiek myśli by się nie chciało wyrazić, linijka gotowego tekstu, przekładająca odczucia na słowa, gdzieś tam istnieje. Dlatego też polem do popisu dla artystów powinna pozostawać warstwa muzyczna utworów - i tego też szukałem oraz oczekiwałem po większości dzieł, jakie przetaczały się przez głośniki przez ostatnie lata. "Viva La Vida..." natomiast postanowiła wytknąć tę część mojego światopoglądu palcem, zrobić głupią minę i pozostawić mnie mocno zakłopotanego. Niektórzy mogą powiedzieć, że teksty na tej płycie są miejscami banalne. I przyznam im pełnię racji - MIEJSCAMI. Innymi miejscami natomiast tworzą piekielnie dobry koncept. I wątpie, żeby temu ktokolwiek zaprzeczył. Słuchając raz za razem dzieła londyńskiej formacji, z przyjemnością wyobrażałem sobie sytuacje, przed którymi stawiają słuchacza muzycy Coldplay. A nie mając przed nosem tekstów utworów, ani nie uciekając się do żadnej gotowej interpretacji, wyobraźnia potrafi podpowiedzieć w związku z tymi piosenkami całkiem oryginalne rzeczy. A wszystkie łączy jak spoiwo motyw przewodni - niezbyt może oryginalny, ale tylko na pozór - śmierć. Spotykamy szereg postaci, które dopiero co wyzionęły ducha bądź wiedzą, że nastąpi to za chwilę. I może to wina sugestywnej okładki, ale aż chce się malować je w realiach zamierzchłych czasów, historycznych filmów kostiumowych, wieku Oświecenia czy II wojny światowej. Mamy tu więc: duchy latające nad cmentarzami, dekapitowanego króla, żołnierza (rycerza?) w niewoli czy też nieszczęśliwie zakochanego romantycznego bohatera. Ale nawet i to wszystko nie czyni z "Viva La Vida..." albumu wyróżniającego się. Nie, jego przekora polega na tym, że tak jak przy większości płyt myśli się "nawet fajnie grają, tylko teksty banalne", tak tu teksty przyciągają, natomiast nie może nie drażnić to, jak bardzo podobne utwory pod kątem muzycznym się słyszym. Podobne albo do "typowego, colplayowego grania" albo... do konkretnych utworów innych wykonawców. I nie oskarżam tu nikogo o plagiat, po prostu zabawne wydaje mi się, jak wiele z "Viva La Vida..." już "gdzieś" słyszałem. Po kolei: "Life In Technicolor" przywodzi na myśl The Cure z czasów ich mniej mrocznego grania, początek "Cemeteries Of London" mógłby z powodzeniem lecieć w tle kolaboracji U2 i Green Daya - "The Saints Are Coming". Ciężkim orzechem do zgryzienia jest "Yes!". Zespół sprawił niemałego figla fanatycznym wielbicielom, umieszczając pod jedną ścieżką na płycie dwa utwory, zasadniczo się od siebie różniące. W ten sposób osiągnięto zadziwiający efekt - wszyscy jednocześnie nie znoszą, jak i kochają ten sam utwór, a konkretnie jego poszczególne części. Nie zmienia to jednak faktu, że pierwsze cztery jego minuty (po stronie których stoję w tej dziwacznej dyskusji, gdyby ktoś pytał ;p) nasuwają na myśl twórczość pana o pseudonimie Everlast. W "Violet Hill" natomiast kłuje mnie fakt, że nie mogłem wyrzucić z głowy refrenu "Like Toy Soldiers" Eminema (czy czegokolwiek, z czego w/w zsamplował tenże utwór). Charakterystyczne zmiany tempa w "Lost?" kojarzą się z przysłowiowym "czymś" - ewidentnie znajome, a jednak człowiek nie jest w stanie skojarzyć, skąd. Inne z kolei utwory, jak obie piosenki tytułowe, "42" czy "Lovers In Japan" wybitnie śmierdzą jakimkolwiek utworem z przeszłości Coldplaya. I nawet mimo tego, jak bardzo lubię się czepiać tej płyty, to w chwili, kiedy wyszła ustępowała jedynie NINowi moim osobistym plebiscycie tegorocznych wydawnictw. I chyba nadal tak pozostaje, bo "Viva La Vida Or Death And All His Friends" jest po prostu uzależniające. Z całą pewnością lepsze, i to o wiele lepsze od drugiego obiektu doświadczalnego, jakim próbowałem wypełnić wakacyjną ciszę. Obawiam się, że "All Hope Is Gone" może okazać się złowróżbnym tytułem, odnoszącym się do aktualnego stanu i kondycji grupy Slipknot. Tak, jak "Vol. 3: (The Subliminal Verses)" jeszcze im wybaczyłem, bo mimo wyraźnego grania pod "główny nurt", jeszcze wpadali w ucho niektórym ze swoich pomysłów, tak w przypadku najnowszego krążka formacji z Des Moines już nie jest tak lekko. Z jednej strony jest tu mnóstwo łojenia, z drugiej jednak wydaje się ono chyba zbyt bezmyślne, jakby Dziewiątka musiała się mocno wysilać, żeby spłodzić coś brutalnego. I nie wiedzieć czemu utwory przekładane są pop-metalowym ni-to-balladami. Udało się z "Vermillionem", ale to nie znaczy, że uda się i tym razem. A Coreyowi Taylorowi o wiele lepiej wychodzi pokazywanie światu swojej łągodniejszej strony tam, gdzie miał to z założenia robić - w Stone Sour. I nadal pozostaję w przekonaniu, że wolę go tam. Nie mówię, że "All Hope Is Gone" jest nie do słuchania, wręcz przeciwnie. Kilka utworów miewało nawet chwytliwe refreny, ale co z tego, skoro nawet po kilkukrotnym przesłuchaniu, żaden z nich nie zapadł w pamięć, a to byłoby jedynym ratunkiem dla tej płyty - skoro nie miała energii, nie miała czucia, to mogła chociaż się wwiercać. Nie mówię również, że taki jej odbiór wynikał z warunków, w jakich przyszło mi się zapoznawać z tą płytą. Może gdybym nie oczekiwał po niej, że będzie na tyle dobra, żeby wybić z głowy Coldplaya, może gdyby to nie była jedna trzecia muzyki, z jaką miałem styczność przez 6 tygodni, to byłoby lepiej. Ale hej, egzaminu w izolowanych warunkach Slipknot nie zdał, nie poradzę. Jeszcze większą zagwozdkę mam z ostatnią pozycją z wakacyjnej Trójcy. Największy problem z nią polega na tym, że jest to najbardziej oczekiwany album, jeśli nie od lat, to z dużą dozą prawdopodobieństwa - tego roku. Rzekomy triumfalny powrót legendy. Oczywiście chodzi o "Death Magnetic" Metalliki. (MetalliKi, nie żadnej MetalliCi, to nie Metallicia.) Pierwszy "rzut ucha" na album pozostawił mnie w szoku. Zacząłem zastanawiać się, czy może już wyrosłem z Metalliki czy też może jeszcze do niej naprawdę nie dojrzałem. Mówię całkiem poważnie, po 20 minutach i trzech pierwszych utworach "Death Magnetic" byłem gotów wyłączyć odtwarzacz i krzyknąć gromkie "co do k***y?!". Pierwsze takty albumu wywołały uśmiech na twarzy, były mocne, dobre, obecujące. Szkopuł tkwił jednak w tym, że rzeczonych trzech pierwszych utworów nie byłem w stanie rozdzielić w pamięci z owymi pierwszymi taktami - wszystko brzmiało tak samo. I nawet, kiedy miałem w duchu pochwalić Kirka Hammeta za to, że - na Boga Metalu, nareszcie! - SĄ SOLÓWKI, za to, że gitary się momentami przyjemnie łamią ("The End Of The Line"), a całokształt - za to, że Metallica przestała brzmieć jak nagrane w garażu walenie w kubły śmietnikowe, to momentalnie przyszło opamiętanie, że przez bite 21 i pół minuty to "urozmaicenie" jest ciągle takie samo. Całe szczęście dwa kolejne utwory podratowały trochę sytuację i płytę udało się przesłuchać w całości. Oczywiście - nie bez zastrzeżeń. Bo tak, jak brak sympatii do "Cyanide" i "The Judas Kiss" mogę zwalić na to, że na większości płyt są utwory, które z nieokreślonych przyczyn po prostu się przeskakuje, tak koło "The Unforgiven III" nie mogłem już przejść obojętnie. Nie da się ukryć, że utwór ma klimat i że słucha się go nawet całkiem przyjemnie, ale chyba przesadą było czynienie go kontynuacją legendarnych utworów - chociaż w ten sposób każdym etap życia Metalliki ma przynajmniej własne "Unforgiven". Zmieniliby parę przejść, popracowali nad innym tekstem i byłaby bardzo zgrabna balladka, do której nikt by nie miał najmniejszych zastrzeżeń - a tak, pozostawiają jednak posmak zdziwienia i niedowierzania. I gdy już miałem szufladkować "Death Magnetic" jako "rozczarowanie, ale nie kompletna klapa", nadeszła końcówka albumu, w której się zadurzyłem. Fantastyczne "Suicide & Redemption", jeden utwór, który sprawia, że jakkolwiek gówniana by nie miała być reszta płyty (a wcale nie jest!), to i tak byłoby warto. A w momencie, kiedy ma się ochotę zażartować, że utwór ten jest tak dobry dlatego, że nie ma w nim wokalu Hetfielda, następuje "My Apocalypse", które pokazuje, że James jednak śpiewać umie. I powoli wraca do głosu sprzed odwyku - co jest jak najbardziej pozytywną informacją. Taka końcówka albumu skłania do dania "Death Magnetic" kolejnej szansy. I kolejnej, i kolejnej... W sumie, po kilkukrotnym wsłuchaniu się, okazuje się, że płyta spełnia oczekiwania. Może nie te najśmielsze, ale ogólnie - satysfakcjonuje. Nawet pomimo bycia zaskoczeniem - bo nie do końca tego się spodziewałem, zwłaszcza gdy zobaczyłem listę i długości zapowiadanych utowrów. Myślałem, że będzie to album bardziej progresywny, nieco subtelniejszy, idący w stronę "And Justice For All". A tu dostaliśmy kawał solidnego thrashu rodem z pierwszym płyt zespołu. Problem polega jednak na tym, że od czasu "Kill'em All" minęło, nie przymierzając, 25 lat. I tak, jak wtedy panowie byli zdecydowanie młodsi, a Świat zdecydowanie mniej przesycony ciężkim graniem, tak teraz "Death Magnetic" może pozostawiać niedosyt. Tym bardziej, że na "Kill'em All", a już na pewno na "Ride The Lightning" (do którego chyba najbardziej podobne jest nowe wydawnictwo) były piosenki, które potrafiły przyczepić się do człowieka - dzisiejszym dziełom kwartetu z Kalifornii jakby stępiły się mentalne rzepy.Tagi tego artykułu:Coldplay Metallica magnetic wakacje odtwarzacz mp3 Slipknot death baterie Viva La Vida |
||||||||||||||||
| ®2008 by MKL | |||||||||||||||||